Zwycięstwo człowieczeństwa w nieludzkim piekle

Zwycięstwo człowieczeństwa w nieludzkim piekle

Chcę powiedzieć każdemu człowiekowi: Nie rezygnuj! Zawsze ktoś cię kocha. Zawsze jesteś komuś innemu potrzebny, ponieważ jesteś źródłem miłości! Człowiek, który czuje, że jest ważny dla innych i że jest kochany, chce żyć. Przyjaźń dotyka sensu wszechświata. Postawą społeczeństwa szanującego godność człowieka będzie zawsze budowanie cywilizacji miłości. Ale czy wolno mi o tym mówić, nie będąc gotowym oddać swoje życie, aby świadczyć o miłości?

Zastanawianie się nad sprawą eutanazji „po Auschwitz” szybko może stać się pustym hasłem. Odniesienie do Auschwitz nie oznacza łatwej odpowiedzi na trudne problemy. Łóżko chorego człowieka proszącego o pomoc w umieraniu to nie Auschwitz. Jest to inna sytuacja, która ma swoją własną powagę, ale nie znaczy to, że świadectwa z obozu zagłady straciły swe znaczenie.
Trzeba zacząć od wysłuchania głosu ziemi oświęcimskiej. Co znaczyło „wartościowe”, a co „bezwartościowe” życie w kontekście Auschwitz? Rzecz odnosi się najpierw do nazistowskich sprawców KL Auschwitz i motywów, które doprowadziły do decyzji o dokonywaniu eutanazji w Trzeciej Rzeszy. Na początku trzeba zaznaczyć, że to, co naziści nazywali eutanazją, nie ma nic wspólnego z tym, co dzisiejsza Europa rozumie przez to słowo i nad czym dyskutuje. Wtedy nie chodziło o prośbę chorego proszącego o śmierć dla siebie, ale o zamordowanie ludzi, których życie uznano za „bezwartościowe”.

W drugiej kolejności patrzymy na więźniów Auschwitz. Jak odnosili się do życia w tym piekle? Auschwitz pokazuje, jak bliska może być myśl o zbawczej śmierci, choć warunki życia wskazują, że nie jest ono nic warte. Tym większe wrażenie wywołuje opowiadanie więźniów o tym, jak innym nie pomagali umierać, tylko przeżyć.

● I. Naziści dokonywali rozróżnienia między „wartościowym” a rzekomo „bezwartościowym” życiem. To była istotna część ich światopoglądu, który swój punkt oparcia znajdował w rasistowsko interpretowanej „naturze”. Podobnie jak wśród roślin i zwierząt, tak i wśród ludzi występują różne gatunki: „twórcy kultury” (Aryjczycy), którym przypada rola kierownicza; „nosiciele kultury” (np. Słowianie lub Azjaci), którzy rzekomo nie są kulturotwórczy, ale jako niewolnicza siła robocza uczestniczą w procesie ogólnokulturowego rozwoju; wreszcie „niszczyciele kultury” (Żydzi), którzy, jak głosili naziści, nie pracują, lecz jako rzekome pasożyty wysysają siły życiowe swego gospodarza. Między tymi grupami trwałaby nieustanna walka. Ponieważ walka jest prawem życiowym natury, jest ona jakoby również prawem życiowym człowieka. „Kto chce żyć, niech zatem walczy, a kto nie chce się zmagać w tym świecie wiecznych zmagań, nie zasługuje na życie”, pisał Hitler. Uzdrowienie chorego narodu rzekomo może nastąpić tylko przez walkę o „czystość krwi”, a tym samym o wewnętrzne umocnienie aryjskiego narodu niemieckiego, przez ujarzmienie narodów słowiańskich, wśród nich Polaków (a w dalszej perspektywie wszystkich niearyjskich narodów) i przez wytępienie Żydów.

Naród niemiecki miał być uszlachetniony przez odpowiedni dobór rasowy, podobnie jak to czynią hodowcy roślin czy zwierząt. W tym celu należało, jak mówił Himmler (który ukończył studia rolnicze), „nosicieli najlepszych cech dziedzicznych” zespolić w „Zakon SS”. Odwrotną stroną tej rasistowskiej koncepcji hodowli ludzi było „oczyszczanie” rasy niemieckiej z elementów „słabych” czy „chorych”. Rudolf Höss, komendant obozu Auschwitz, potwierdził wydanie zarządzenia o zapobieganiu płodzenia potomstwa obciążonego chorobami dziedzicznymi. Następnie mieli zostać wytępieni nieuleczalnie chorzy umysłowo, a później dziedziczni, notoryczni przestępcy. Zniszczenie takich form „bezwartościowego życia” miało gwarantować utrzymanie zdrowia i żywotności Niemców. Umysłowo chorych naziści wstępnie rozpoczęli gazować jesienią 1935 r. na terenie Niemiec, a potem w okupowanych województwach zachodniej Polski, gdzie prowadzili masową zagładę w obozach koncentracyjnych. To wszystko nie było eutanazją, tylko morderstwem. Nikt z zamordowanych nie prosił o to, by mu pomagano w tzw. dobrej śmierci (euthanasia).

Odwiedzający miejsce pamięci Auschwitz-Birkenau w pewnym momencie trafi do sali, gdzie za wielką szybą zobaczy ogromną ilość włosów – pozostałość po zagazowanych ludziach – które ostatecznie miały być przeznaczone do wyrobu filcu. Nawet więźniów, którzy jeszcze żyli, nie traktowano jak ludzi, byli oni dla nazistów podludźmi, niewolnikami, numerami, a esesmanom zabroniono okazywania im jakichkolwiek ludzkich uczuć. Tym bardziej nie respektowano praw należnych zmarłym, którzy byli tylko materiałem: włosami, złotymi zębami i popiołem użyźniającym pola. Co się stało z obrazem człowieka? Jak była możliwa taka totalna utrata poczucia ludzkiej godności? Przecież nasze zadanie to ochrona absolutnego szacunku do każdego człowieka, zrozumienie, że każdy obdarzony jest Boską godnością, której nikt nie ma prawa niszczyć.

Edyta Stein wykładała w latach 1932-1933 w Münster, w Niemieckim Instytucie Pedagogicznym kształcącym nauczycielki. Znając propagandę narodowosocjalistyczną, doszła do przekonania, że podstawą dobrego wychowania jest właściwy obraz człowieka. Dlatego w zimowym semestrze wykładała antropologię filozoficzną, a na semestr letni 1933 roku przygotowała wykłady z antropologii teologicznej. Nowych wykładów nie mogła już poprowadzić, ponieważ była Żydówką. W 1933 r. wstąpiła do Karmelu, a w 1942 została z powodu swego żydowskiego pochodzenia zamordowana.

● II. Łatwo powiedzieć, że cierpienie Auschwitz nigdy się nie powtórzy. Ale czy jest także łatwo powiedzieć komuś, kto bardzo cierpi, że życie mimo jego cierpienia ma sens? Jak wygląda z tej perspektywy sprawa „wartościowego” i „bezwartościowego” życia? To jest druga strona medalu, kiedy mówimy o Auschwitz. Nie przeżyłem piekła Auschwitz; zanim odważę się coś na ten temat powiedzieć, chcę wsłuchać się w świadectwa jego więźniów. Do tego celu posłużę się szczególnie badaniami opublikowanymi w latach 1961-1991 w krakowskim „Przeglądzie Lekarskim”. Nie przywołują one tematu eutanazji w obozach koncentracyjnych. Była więźniarka mówiła mi, że nie było tam eutanazji, lecz tylko umieranie, walka o przeżycie i samobójstwo.

W Auschwitz umieranie było tak wszechobecne a życie tak śmiertelne, że śmierć dla wielu wyglądała jak wybawienie, jak droga do wolności, natomiast dalsze życie jak pewna droga ku zagładzie.

Esesman Pery Broad napisał: „Już sam widok rzędów napiętych drutów kolczastych z tabliczkami „Achtung! Lebensgefahr!”, wartownicy na wieżach z karabinami maszynowymi i pistoletami maszynowymi oraz martwe, gołe domy z cegieł, wprowadzały każdego nowego więźnia w stan beznadziei, wpajały weń przekonanie, że chyba już nigdy stąd nie wyjdzie na wolność. Ludzie, których siła witalna nie mogła sprostać temu obezwładniającemu wrażeniu, już po kilku dniach szli dobrowolnie na śmierć. Pracując w drużynach roboczych poza obozem, przekraczali łańcuch straży, by zostać zastrzelonymi, bądź też „szli na druty”, jak to się nazywało w obozowej gwarze. Porażenie prądem wysokiego napięcia, seria z karabinu maszynowego, śmierć – chroniły ich przed oczekiwanymi dalszymi mękami. Gdy nocą padały strzały, każdy wiedział, że znów rozpacz pchnęła na druty człowieka, który leżał teraz w strefie neutralnej jak martwy strzęp. W ciągu lat istnienia obozu leżała tam niezliczona ilość tych, których paląca tęsknota za wolnością i najbliższymi, głód, ból, choroby czy okrutne bicie doprowadziły do decyzji, by dobrowolnie położyć kres wegetacji niegodnej człowieka. Innych znajdowano rankiem powieszonych na łóżku na własnym pasku”.

W Auschwitz śmierć była codziennością, dlatego na samobójstwa nie zwracano większej uwagi. Doktor L. Kłodziński, w latach 1941-45 więziony w Auschwitz, i psychiatra Z. J. Ryn w swojej rozprawie na temat samobójstw w KL pisali:

Śmierć więźniów w obozie była zjawiskiem tak masowym, że uważano ją za tragiczną normę. Śmierć nie budziła zdziwienia, zdarzała się bowiem na co dzień, była jedynie kwestią czasu i to niemal dla każdego z więźniów. (…) W obliczu masowej śmierci samobójstwa stanowiły tak znikomy odsetek, że łatwo uchodziły uwadze. (…) Można stwierdzić, że śmierć samobójcza w obozie była na pewno śmiercią bardziej anonimową niż śmierć zadana przez personel obozu. O tym, że samobójstwa w obozie były powszechne i częste, świadczy fakt, że niemal wszyscy ankietowani, a także większość byłych więźniów badanych w klinice, osobiście zetknęła się z tym problemem.

Były więzień A. Skrabiana wspomina: „Zimno, głód i przeciągające się w nieskończoność bicie odbierały jakąkolwiek nadzieję na przetrwanie obozu. Samobójstwo w tej sytuacji było po prostu wyborem lżejszej i szybszej śmierci”.

Mimo to większość więźniów chciała żyć. Już sam ten fakt zasługuje na uwagę. Kłodziński i Ryn pisali:
Po przekroczeniu bramy obozu więzień stawał jakby na taśmie transportera, który nieuchronnie wiódł go do krematorium. Zdumienie więc budzi, zarówno u postronnego obserwatora, jak i u samych więźniów, fakt niespotykanej mobilizacji do przetrwania tej „fabryki śmierci”. Postanowienie przeżycia obozu musiało być czymś najbardziej heroicznym w życiu człowieka, było bowiem wystąpieniem przeciwko nieludzkiej ideologii twórców tych obozów i ich systemowi.
Wielu byłych więźniów po wyzwoleniu podejrzewano, że przeżyli kosztem innych: kradnąc jedzenie, brutalnie walcząc o lepsze miejsce pracy, współpracując z SS jako funkcyjni przy zagładzie itp. Takie przypadki miały miejsce. F. Myłyk wspomina: „No cóż, byli niestety i ludzie tego rodzaju, że chcieli przetrwać, przeżyć obóz za wszelką cenę, zatracając przy tym własną godność osobistą. Ludzie ci zagubili się, zabrakło im wewnętrznego hartu i samozaparcia, poświęcili swoją godność i życie innych współtowarzyszy niedoli, aby sami mogli przetrwać”.
Byli i tacy, którzy uważali, że większe znaczenie miała walka o zachowanie ludzkiej godności niż sama wola życia. Zadaniem obozów koncentracyjnych było nie tylko unicestwienie więźniów, ale także, jeszcze przed śmiercią, pozbawienie ich godności ludzkiej. Tak jak zwierzęta przeznaczeni byli do niewolniczej pracy. „Wiele działań byłych więźniów skutecznie przeciwstawiających się ludobójczym zamierzeniom hitlerowców miało swe źródło w dążeniu (…) aby w nieludzkich warunkach obozowych zachować człowieczeństwo w szeroko rozumianym tego słowo znaczeniu, tzn. humanitarne wartości, godność, życzliwość, zdolność do poświęcenia się, nabyte nawyki cywilizacyjne, dystans intelektualny wobec koszmaru obozowego…”. Zachowanie człowieczeństwa przez więźnia, skazanego na nieludzkie bytowanie, budziło nierzadko respekt prześladowców. Mogło także uratować życie innemu więźniowi.
Skąd więźniowie mieli wewnętrzną siłę do walki o godność? Płynęło to z głębokiej ideowości, patriotyzmu, wiary religijnej, przekonania o nieuchronnym triumfie dobra nad złem, o klęsce Niemiec; myśli o bliskich przeciwdziałały apatii i depresji, zobojętnieniu i prostracji. Takie spojrzenie wpływało na zaniechanie zamiarów samobójczych. Znaczącą rolę odgrywały przede wszystkim relacje międzyludzkie. „W obozowym życiu na co dzień słyszało się skargę: „Pójdę na druty”. Na szczęście te osoby, które tak mówiły, samobójstwa nie popełniały. Znacznie częściej akt samobójstwa był zaskoczeniem dla więźniów. Więźniarki, które miały się komu wyżalić na swoje nieszczęście i znalazły powierników swego cierpienia, łatwiej przetrwały obóz. Wystarczyło nieraz wyżalić się z „pójścia na druty”, by nie musieć już tego realizować” – wspomina Z. Pracka-Raczyńska. Bliskie kontakty utrzymywały przy życiu, wyzwalały z samotności. Często proste słowa, uścisk dłoni, uśmiech odpędzały myśli samobójcze. Wspomnienie bliskich osób dawało niewiarygodną siłę przetrwania, a chęć ponownego ich zobaczenia mobilizowała wyczerpanych. Nie tylko pomoc materialna była potrzebna do przeżycia. Ogromne znaczenie miała więź duchowa, moralne wsparcie. Serdeczna więź była siłą, która często utrzymywała ludzi przy życiu. „To wiedziałam, że jeszcze jestem komuś potrzebna” – przypomina była więźniarka. Przykłady takiego wzajemnego ratowania się znam z opowiadań byłych więźniów.
Także wiara religijna miała ogromne znaczenie. Pomagała zachować sens życia i miłość nawet wtedy, kiedy brakowało ludzkiej nadziei. Ks. J. Marszałek opowiadał:
Wiara pozwoliła mi zachować przekonanie, że nigdy nie jestem sam i nigdy nie jestem pozbawiony pomocy i opieki, czy to w lochu na gestapo, czy w więzieniach, czy w bunkrze w Dachau. Wiara wskazywała mi wielki sens cierpienia, mianowicie włączenie się w zbawczą Golgotę Jezusa Chrystusa, która trwa nieprzerwanie”. Edyta Stein pisała: „Wiemy (…) że przyjdzie moment, w którym dusza będzie przeniesiona w ciemność i pustkę. Nie pozostanie jej już nic innego, czego mogłaby się trzymać, jak tylko wiara. Wiara stawia jej przed oczami Chrystusa: nagiego, poniżonego, ukrzyżowanego, opuszczonego nawet przez Boskiego Ojca. W Jego nędzy i samotności odnajduję swoją.
Istniały dwa fundamentalnie różne motywy samobójstw. Najczęstszym powodem była rozpacz, brak nadziei, samotność, utrata sensu życia. Wyrażało się to w depresji, załamaniu, niekontrolowanym zachowaniu. Bliskość pewnej śmierci, głód, tortury, starta bliskich i przyjaciół, fizyczny i psychiczny terror niszczyły człowieka. Często samobójstwo wtedy już nie było świadomą decyzją, lecz po prostu wygaśnięciem woli życia – człowiek „muzułmaniał” i to było wstępną fazą śmierci.
Inny motyw samobójstwa był zupełnie przeciwny: stanowił część walki przeciwko odczłowieczeniu, był znakiem godności człowieka. Na przykład samobójstwa Mali Zimetbaum i Edka Galińskiego, Janusza Skrzetuskiego-Pogonowskiego, którzy uprzedzili publiczną egzekucję przez SS, stali się znakiem wewnętrznej wolności, zwycięstwa godności więźniów nad zbrodniczymi intencjami katów. Więzień polityczny, który nie chcąc podczas tortur nikogo zdradzić, świadom pewnej śmierci, popełnił samobójstwo, spotykał się z wielkim uznaniem współwięźniów. Wielu pracujących w konspiracji nosiło przy sobie truciznę. Ponieważ otrzymywali ją od innych, tutaj ewentualnie można by mówić o podobieństwie do eutanazji.
Czy śmierć św. Maksymiliana Kolbego, który oddał swoje życie za innego więźnia, była samobójstwem?
Było to zwycięstwo człowieczeństwa w nieludzkim piekle, absolutne świadectwo godności człowieka, zwycięstwo cywilizacji miłości nad cywilizacją śmierci. „I chociaż oczom ich musiało się zdawać, że pomarł towarzysz ich kaźni, chociaż po ludzku odejście jego mogli uważać za unicestwienie, to przecież w ich świadomości nie była to tylko śmierć. Maksymilian nie umarł, ale oddał życie za brata!
Była w tej straszliwej po ludzku śmierci cała ostateczna wielkość ludzkiego czynu i ludzkiego wyboru. Sam się dał na śmierć z miłości. I było w tej jego ludzkiej śmierci przejrzyste świadectwo dane Chrystusowi; świadectwo godności człowieka dane w Chrystusie, świętości jego życia i zbawczej mocy śmierci, w której objawia się potęga miłości. Właśnie dlatego śmierć Maksymiliana Kolbego stała się znakiem zwycięstwa. Było to zwycięstwo odniesione nad całym systemem pogardy, nienawiści człowieka i tego, co Boskie w człowieku, zwycięstwo podobne do tego, jakie odniósł na Kalwarii Pan nasz Jezus Chrystus.

● III. Nie chcę potępiać nikogo, kto w bardzo trudnej dla niego sytuacji już nie może znosić życia i… wybiera śmierć. Ale czy mogę takie decyzje popierać?

Była więźniarka, Maria Slisz-Oyrzyńska, pisała:

Kiedy dziś myślę o tych piętrzących się stosach trupów, ogarnia mnie przerażenie. Przecież te wszystkie trupy to byli LUDZIE, na miłość Boską, tyle ludzi, dlaczego było ich tak dużo, nie chcę wierzyć w to, że był to obóz zagłady, uprzytamniam sobie tylko, że to byli LUDZIE. Nie znajduję odpowiedzi, dlaczego pozwolono na to, dlaczego świat nie interweniował, przecież to byli ludzie. Ileż to głów ludzkich, ileż serc, które dla kogoś biły, ile par oczu różnego koloru, dlaczego bezkarnie ginęli ludzie?…

Ci wszyscy zamordowani wołali o pomoc, wołali o miłość. Cierpienie, krzyk rozpaczy wołają o pomoc – nie do śmierci, ale do życia. Życie ma sens poprzez miłość. Wielu więźniów traciło nadzieję, ponieważ ich godność była tak brutalnie gwałcona. Zamiast miłości doświadczali nienawiści. Z drugiej strony jednak wielu zrozpaczonych znalazło nową siłę do życia, kiedy ktoś z miłością na nich patrzył, kiedy ktoś mówił im dobre słowo.

Wartość życia nie leży w biologicznym przeżyciu. Kto przeżył kosztem innych, tracił swoją godność. Kto dał swoje życie, aby dać świadectwo godności człowieka, dopełnił sensu swojego życia. Najważniejsze jest danie świadectwa sensu życia. Takie rozumienie sprawy dotyczy wiary, wymiaru Boskiej tajemnicy człowieka. Ten wymiar zawsze wiąże się z miłością.

W Auschwitz myślami wracamy także do narodu żydowskiego. Bogu zawdzięcza on 10 Przykazań, będących fundamentem ludzkiej wolności i odpowiedzialności. Kiedy Papież Jan Paweł II był w Auschwitz-Birkenau w 1979 r., powiedział: „Zatrzymam się wraz z Wami, Drodzy Uczestnicy tego spotkania, na chwilę przy tablicy z napisem w języku hebrajskim. Napis ten wywołuje wspomnienie narodu, którego synów i córki przeznaczono na całkowitą eksterminację. (…) Ten to naród, który otrzymał od Boga Jahwe przykazanie: „Nie zabijaj!”, w szczególnej mierze doświadczył na sobie zabijania. I wobec tej tablicy nie wolno nam przejść obojętnie” (7 czerwca 1979). Objawieniu, podarowanemu narodowi żydowskiemu przez Boga, zawdzięczamy rozumienie człowieka jako istoty stworzonej na podobieństwo Boga. Na tym polega jego niezniszczalna godność.

Jako chrześcijanin, patrzę na Auschwitz i na wszystkie cierpienia z perspektywy krzyża. Wierzę, że Bóg był obecny ze swoją niewidzialną miłością nawet wtedy, gdy Chrystus krzyczał na krzyżu: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? Współobecność Chrystusa w każdym cierpieniu i osamotnieniu jest najgłębszą przyczyną mojego przekonania, że nie może chodzić o pomoc do śmierci, ale tylko do życia.

Chcę powiedzieć każdemu człowiekowi: Nie rezygnuj! Zawsze ktoś cię kocha. Zawsze jesteś komuś innemu potrzebny, ponieważ jesteś źródłem miłości! Człowiek, który czuje, że jest ważny dla innych i że jest kochany, chce żyć. Przyjaźń dotyka sensu wszechświata. Postawą społeczeństwa szanującego godność człowieka będzie zawsze budowanie cywilizacji miłości. Ale czy wolno mi o tym mówić, nie będąc gotowym oddać swoje życie, aby świadczyć o miłości?

Niech ostatnie słowo wypowie do nas Anna Pawełczyńska, która jako była więźniarka obozu Auschwitz-Birkenau tak podsumowała swoje obozowe doświadczenia: „W walce ze światem nienawiści jako reakcja na zdegenerowany terror tworzył się świat przyjaźni. I w tym właśnie znaczeniu – niezależnie od zachowań więźniów niezgodnych z normami praworządnych społeczeństw – obóz koncentracyjny ustalił normę podstawową, której przestrzeganie jest powszechnie niezbędne, i stworzył nową wartość moralną: takie poczucie więzi z krzywdzonymi, które wymaga największych wyrzeczeń”.

ks. Manfred Deselars

*****

Ksiądz dr Manfred Deselaers jest niemieckim kapłanem, pracuje w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu, wykłada na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Autor dziękuje Zofii Pohoreckiej i Jochenowi Augustowi za pomoc w opracowaniu.

/ kosciol.wiara.pl /
Close Menu

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

 

 

- w dni powszednie: 17:00 lub 18:00
*/ godzinę należy sprawdzić w ogłoszeniach lub intencjach

- w niedziele i święta kościelne: 8:00 ; 10:30
*/ dodatkowo w okresie Wielkiego Postu oraz w miesiącach:
maj i październik: 16:00