Schowany za ateizmem

Schowany za ateizmem

Gdy rodzina wychowuje kogoś w zbyt sztywnym gorsecie religijnym, w zbyt formalnym podejściu do Boga, to nawet cieszymy się, kiedy młody człowiek buntuje się i szuka „innego Boga”, na przykład w jakiejś zdrowej wspólnocie religijnej. Co jednak powiedzieć, gdy rodzinne wychowanie religijne wydaje się zupełnie do rzeczy, a młody człowiek i tak szuka swojej drogi, często przechadzając się po krawędziach wiary?

Jeśli prawdą jest, że obraz Boga, jaki człowiek nosi w sobie, zależy od tego, jak wspomina on swojego ojca, to co rzec o zmieniającym się obrazie Boga? Młody człowiek, rosnąc, zmienia swoje wyobrażenie o Panu Bogu. Inaczej Go widzi, gdy ma pięć lat, inaczej, gdy dziesięć, a jeszcze radykalniej zmienia swoje zapatrywanie na tę kwestię w wieku piętnastu czy dwudziestu lat. Być może zmiany te są związane ze zmieniającym się postrzeganiem rodziców, a zwłaszcza ojca. Na początku jest on największy i najwspanialszy. Potem mamy wiele konfliktów lub ignorowanie. Następnie ojciec wydaje się niepotrzebny albo nawet staje się przeszkodą w realizacji naszej wizji szczęścia.

Oczywiście upraszczam i generalizują. Ale chciałbym zwrócić uwagę na to, że nie powinno nas dziwić, iż młodzi ludzie potrafią radykalnie zmieniać swoje podejście do Boga. Od fascynacji do ateizmu. Zaryzykuję tezę, że jest to w pewnym stopniu normalne, a nawet rozwojowe.

Lepszy świadomy ateista niż nawiedzony fanatyk

Oczywiście te dwa procesy mogą pozornie do siebie nie przystawać. Nie jest wcale tak, że to, co czuje się na danym etapie rozwoju wobec rodzica, jest tym samym, co odczuwamy wobec Boga. Bunt wobec rodziny może być związany z fascynacją innymi autorytetami, w tym religijnymi. Przykładem niech będzie ucieczka z domu w objęcia sekty.

Gdy rodzina wychowuje kogoś w zbyt sztywnym gorsecie religijnym, w zbyt formalnym podejściu do Boga, to nawet cieszymy się, kiedy młody człowiek buntuje się i szuka „innego Boga”, na przykład w jakiejś zdrowej wspólnocie religijnej. Co jednak powiedzieć, gdy rodzinne wychowanie religijne wydaje się zupełnie do rzeczy, a młody człowiek i tak szuka swojej drogi, często przechadzając się po krawędziach wiary? Czy należy się martwić, że wybiera – choćby tylko czasowo – ateizm lub agnostycyzm? Czy ateizm może być rozwojowy?

Ateizm, który jest odrzuceniem jakiegoś fundamentalizmu, można uznać za wyzwoleńczy. Uwalnia od mocno zniekształconego obrazu Boga, sprzecznego z tym, czego domaga się nasze sumienie. Upraszczając: Lepiej mieć w domu świadomego ateistę niż poza domem, w sekcie, nawiedzonego fanatyka.

Ale co robić, gdy „ateizm” dziecka wydaje się odrzuceniem tego, jak go wychowywaliśmy? Pierwsze, co się nasuwa, to: źle go wychowaliśmy. Zasłoniliśmy mu Boga. Gdzieś popełniliśmy błąd. Oczywiście zawsze warto weryfikować swoje postępowanie, ale to niekoniecznie musi być słuszna diagnoza.

Dziecko, którego osobowość nie została stłamszona, szuka swojej drogi. I to, że szuka, że nie jest mu obojętne, w co wierzy, że krytycznie podchodzi do swojego obrazu Pana Boga, to dobrze świadczy o jego wychowaniu. Zaryzykuję tezę: ateizm może być owocem ukształtowania krytycznego myślenia, niezależnego sumienia, wolnego od nacisków, które nie boi się wybierać tego, co uważa za dobre; sumienia, które stoi na przeciwnym biegunie niż to ukształtowane w atmosferze fundamentalistycznej, gotowe na każdą okropność w imię jakiejś ideologii (religijnej lub areligijnej).

Niezgoda na nieludzki obraz Boga

Obrazy Boga są jak ikony: zasłaniają i odsłaniają jednocześnie. Bóg się za nimi chowa, bo tak niewiele mówią o Nim. A jednocześnie coś o Nim mówią, choćby tylko przez negację (mówią, czym nie jest), a więc przybliżają do Niego. Dlatego te obrazy potrzebują oczyszczenia, docierania do esencji. A cóż jest tu bardziej oczyszczające niż pytania o ateizm? Rozważając hipotezę świata bez Boga, możemy rozpoznać, jaka jest esencja naszego myślenia o Bogu.

Spotykając się z odrzuceniem Boga, warto pytać o to, co ktoś (ona, on, ja) odrzuca, jaką koncepcję Boga, jaki obraz. Co mu się nie podoba? To wyraz ufności w danego człowieka (w nią, w niego, we mnie), bo takie pytanie zakłada, że nie jest mu obojętne, w co wierzy lub nie wierzy, że jego ateizm lub teizm to nie wynik lenistwa intelektualnego, jakiejś niechęci do głębszego namysłu lub wygodnego płynięcia z prądem, ale niezgody na jakiś „nieludzki” obraz Boga.

Ten „nieludzki” obraz to szerokie pojęcie. Może na przykład oznaczać „nielogiczny”. I nie chodzi tu o paradoksy na poziomie zabaw matematycznych w stylu: czy wszechmocny Bóg może stworzyć kamień, którego nie podniesie. Może chodzić o sprawy dużo istotniejsze dla naszej egzystencji, wobec których ludzka logika jakoś nie może zaakceptować istnienia Boga. Wszechmoc zakłada akceptację zła, co nie licuje z Dobrocią. Wobec zła Bóg musi być albo wszechmocny, albo dobry. Nie może jednocześnie mieć tych cech. Ta i podobne nielogiczności prowadzą do wniosku, że skoro Bóg jako Bóg jest wszechmocny, to nie jest dobry, lecz zły.

Wobec powyższych konkluzji nie dziwi, że ludzie odrzucają takiego Boga. Mówiąc teologicznie, nie chcą, by ich sumienie było głosem kogoś złego. Wtedy humanizm jest przeciwstawiany religii. Źródło dobra odnajduje się w człowieku, a nie w Bogu. Taka wizja, takie przekonanie rodzi się wobec antyświadectwa polegającego na tym, że ludzie wierzący zachęcają do pogodzenia się ze złem, do tego, by z nim nie walczyć, by nie ulepszać świata (pod pretekstem, że ludzie mogą być naprawdę szczęśliwi tylko na tamtym świecie). Bierność ludzi wierzących wobec „nieludzkości” ludzkiej egzystencji buduje obraz Boga złego lub obojętnego. Obraz odrzucony przez wielu ateistów.

Zabobony

Jednak za tym odrzuceniem kryje się tęsknota. Za czym? Za ludzkim światem, w którym jest nadzieja na szczęście. Za światem, który – choć dotknięty złem – to jednak jest dobry i warto o niego dbać. Wielu chrześcijan powie, że to biblijna tęsknota i jej realizacja nie powinna zakładać negacji Boga. Dlaczego jednak tak się dzieje?

Czy chodzi tylko o antyświadectwo wierzących, o nieznajomość Biblii niewierzących, o brak uczciwości intelektualnej itp.? W tym miejscu dotykamy problemu zabobonu. I to zabobonu nie tylko o zabarwieniu religijnym, ale też ateistycznym.

W czasach „post-”, w postmodernizmie, gdy na nowo odkrywamy, czym mogłaby być religia, i krytycznie patrzymy na zachwyty nad humanizmem oraz wiarą w naukę, gdy antropocentryzm już nie wydaje się jedyną zbawczą perspektywą, nie możemy uciec od pytania: gdzie nasze wiary lub niewiary zamieniły się w zabobon? To pytanie jest równie ważne dla teistów, jak i dla ateistów.

Czym jest zabobon? Nie chodzi o definicję, ale czujemy, że z zabobonem związane jest ignorowanie prawdziwego związku przyczynowo-skutkowego. Zamiast dogłębnego szukania odpowiedzi na pytanie „dlaczego”, zadowalamy się jakąś zbyt łatwą odpowiedzią, idziemy na skróty. Może to przybierać formę religijnego „bo Bóg tak chce” lub areligijnego „bo Bóg jest zły” czy „bo Go nie ma”. Oczywiście łatwiej obwiniać przyczyny nadprzyrodzone, ale wiemy też, że „ideologiczne” trzymanie się różnych teorii doprowadziło do wielkich nieszczęść. Wystarczy popatrzeć na ewolucjonizm i eugenikę lub marksistowską walkę klas.

Nie miejsce i czas na panoramę współczesnych zabobonów. Ważne, że są one związane ze stereotypami zakorzenionymi w kulturze. Mamy ich konkretne nośniki. I to te nośniki mogą wytwarzać oraz przekazywać obrazy ukrywające to, za czym tęsknimy w głębi serca. Ideologia to karykatura tego, czego pragniemy, jakaś namiastka pretendująca do treści życia. W imię ideologii popełniano mnóstwo nonsensownych okrucieństw i w ten sposób je kompromitowano. Ale niestety nieraz „kompromitowano” i to, czego karykaturą one były. Tak było z wiarą w Boga po epoce wojen religijnych. Podobnie z ideą wolności po pierwszej wojnie światowej i marzeniem o sprawiedliwości społecznej po drugiej wojnie. Przemoc podważała teizmy i ateizmy. A powinna była „tylko” uwolnić od karykatury zabobonów.

Dlaczego niszcząc wynaturzenia, uderzamy też w to, co one zniekształcają? Nie mówię o krytycznie myślących jednostkach, lecz o odbiorze społecznym. Czemu rozwalając zasłonę, nie odkrywamy w całej pełni tego, co zakrywała, lecz budujemy jakieś nowe ideologie, żywimy się jakimś nowym zabobonem? Jakbyśmy byli niezdolni do stanięcia wobec „nagiej prawdy”, wobec tego, za czym tak naprawdę tęsknimy. Zasłona wydaje się konieczna do przetrwania.

Takie przekonanie znajduje swoje odzwierciedlenie w Biblii. Na świętość lepiej nie patrzeć, bo można umrzeć. Gdy Mojżesz schodził z Góry Synaj, gdzie rozmawiał z Bogiem twarzą w twarz, tak promieniał, że lud prosił, by zasłonił twarz. Bali się, że pomrą (por. Wj 34,29–35).

Tęsknimy, a jednocześnie boimy się. Dążymy do czegoś lub kogoś, a coś nas powstrzymuje przed ostatecznym krokiem. Tak jest naznaczona chrześcijańska nadzieja na życie wieczne po śmierci (czy po tamtej stronie życia). Tak też, śmiem twierdzić, jest z ateistyczną nadzieją. Nie jest łatwo przyjąć ostateczne konsekwencje przekonania o nieistnieniu Boga. Odrzucam wszystkie Jego obrazy. I co jest za nimi? Co widzę, gdy pożegnałem się ze wszystkimi ułomnymi wyobrażeniami o Nim. Czy nic? W to nie wierzę i w tamto nie wierzę… Czy wierzę w nic?

Spotkanie i dialog

Rodzi się pytanie: Na jakiej płaszczyźnie niewierzący w Boga mogą się spotkać z wierzącymi w Niego? I nie chodzi tylko o wspólną działalność charytatywną, polityczną czy o ład społeczny… Czy można spotkać się i „dogadać”, gdy mowa o sprawach ostatecznych, o sensie istnienia?

Ekumenizm wewnątrzchrześcijański ma się zupełnie dobrze w porównaniu z czasami, gdy wszyscy uważali, że to oni wiedzą najlepiej. Ekumenizm międzyreligijny ma się coraz lepiej też dlatego, że coraz mocniej odkrywamy, że nasz Bóg jest również ich Bogiem. Ale czy możliwy jest ekumenizm z odrzucającymi Boga? Co mamy wspólnego?

Wydaje mi się, że tym, co dzieli, jest spojrzenie na Opatrzność, czyli koncepcja Najwyższej Istoty ingerującej w historię, także historię indywidualną każdego człowieka. Jedni uważają, że Bóg działa cuda i ratuje nas od złych sytuacji. A inni twierdzą, że wcale nie ingeruje i nie wybawia, bo Go nie ma. (Na marginesie: są też tacy, deiści, którzy uznają Jego istnienie, ale zaprzeczają Jego ingerencji w przebieg wydarzeń). Czy da się pogodzić te skrajne punkty widzenia (wierzenia)?

Ignacy Loyola powiedział, że należy tak pracować, jakby Boga nie było, i jednocześnie tak ufać, jakby był. Pierwsza część tego zalecenia to może być dobra rada ateistów dla wierzących: żadnego cudu nie będzie; weźcie się do roboty, wszystko zależy od waszych wysiłków, sprytu, talentów. Druga część natomiast to rada dla ateistów: gdy wam nie idzie, gdy nie sprawdza się planowanie, nie poddawajcie się; ten kryzys może być rozwojowy; jest nadzieja.

Co ciekawe komentatorzy twierdzą, że Ignacy powiedział też coś przeciwnego, a mianowicie: pracuj tak, jakby wszystko zależało od Boga, a módl się tak, jakby wszystko zależało od ciebie. Tutaj chodziłoby o dystans do własnej pracy i modlitwy (o wolność od zbytniego napinania się). Ateisto, nie przesadzaj, bo wpadniesz w pracoholizm lub przygnębienie z powodu twojej słabości! Wierzący, niech modlitwa nie podważa racjonalnego działania!

To mogą być podstawy do dialogu o życiu doczesnym. A co z tym wiecznym? Wspólnie wyobrażamy je sobie jako ekstremalnie odmienne. No bo jak pojąć życie, w którym nie można zgrzeszyć, nie ma przeciwności, jest stałe szczęście? Jak połączyć miłość i brak trudu? Jak być człowiekiem, gdy spełniają się wszystkie zachcianki? Wierzący czują, że to jest ponad ich pojmowaniem. Ateiści to samo wyrażają, twierdząc, że tego po prostu nie ma.

Tęsknimy za nieograniczonym szczęściem, ale i czujemy, że całkowite spełnienie byłoby końcem rozwoju człowieczeństwa. Może to jest wspólny mianownik?

Tęsknota za prawdziwym obrazem

Wydaje się, że wspólnie dostrzegamy, iż aby się rozwijać jako ludzie i jako ludzkość, powinniśmy ciągle odkrywać coś nowego. To oznacza również zostawianie starych obrazów. „Niebo” to nie wieczne poznanie, lecz wieczne poznawanie… Czyli nigdy nie dotrzemy do muru, do pełnego poznania Boga lub nie-Boga. Natomiast zabobon to przekonanie, że już znam prawdę. Możemy z ateistami podzielać przekonanie, że dopiero szukamy prawdy.

Jako wierzący mam nadzieję na Niebo dla ateistów jako ciągłe demaskowanie niepełnych obrazów Boga, podróż ku całkowitemu ogołoceniu tych obrazów, aż do… nieskończoności. Natomiast uważam również (tak litościwie), że pewni prawdziwości swego przekonania o Bogu nie zostaną w niebie zatrzymani w jakimś przedsionku (zadowoleni ze swego jedynego „prawdziwego” obrazu lub antyobrazu Boga). Mam nadzieję, że Pan na samym początku im nie powie: już macie pełnię. Mam nadzieję, że i oni będą mogli coraz głębiej wchodzić w tę niepojętą rzeczywistość. Bo nawet jak przyjmiemy, że nasza religia „posiada” prawdziwy obraz Boga, to czy tylko częściowy obraz może być prawdziwy? Czy kawałeczek Bitwy pod Grunwaldem oddaje prawdę o całym obrazie? Nie mówiąc już o bitwie.

Tęsknota za prawdziwym obrazem jest wpisana w prawdę o nim. Tylko dążąc do niego, poprzez oczyszczanie dotychczasowych obrazów, możemy mówić o prawdzie (wyzwalającej) o Bogu. Ten, kto twierdzi, że już poznał całą prawdę, kłamie. Do prawdy dąży archiwista zbierający wszystko, co jest na dany temat, ale też minimalista odcedzający kwintesencję, szukający zasady, istoty. Nie muszą się zwalczać, mogą się uzupełniać, jak wierzący z ateistami. Ateizm brany poważnie pod uwagę i przesłania, i pozwala rozważać esencję tęsknoty za Bogiem. Potrzebujemy go.

ks. Jacek Siepsiak SJ

/ zycie-duchowe.pl /