Przy ołtarzu – czy będzie komu…

Przy ołtarzu – czy będzie komu…

… problemem, prawdopodobnie najbardziej decydującym o spadku liczby ministrantów przy ołtarzu, są zmiany cywilizacyjne, które zachodzą w Polsce w ostatnich kilkunastu latach, a więc przede wszystkim przyspieszona laicyzacja społeczeństwa. Coraz mniej dzieci ma kontakt z żywą wiarą, a nawet z tradycją chrześcijańską. Wina leży po stronie rodziców i dziadków, dla których sprawy wiary nie zawsze były decydujące. Co więcej, w obecnych czasach z posługą ministrancką – nawet uatrakcyjnioną wspólnymi wyjazdami, grami w piłkę nożną czy „ministranckim” grillem – wygrywa smartfon i komputer. Zanikają więzi koleżeńskie i przyjacielskie, podwórka – kiedyś tak pełne dzieci – dziś świecą pustkami.

Prawdopodobnie każdy uczestnik niedzielnych bądź tygodniowych mszy świętych w kościołach parafialnych zdążył zauważyć, że w ostatnich latach nastąpił zdecydowany spadek liczby chłopców i młodzieńców służących przy ołtarzu. Jakie są tego przyczyny? Czy w najbliższych kilkunastu latach będzie komu służyć do mszy świętej?

Większość z mężczyzn mających za sobą ministrancki „staż” wspomina ten czas z rozrzewnieniem. Kontakt ze starszymi kolegami i księżmi, wyróżnienie polegające na możliwości podawania kapłanowi ampułek czy uderzania w gong lub dzwonienia, poczucie pewnej elitarności i znajomość zagadnień, których nie znali koledzy nie-ministranci. A przy okazji – co docenia się po latach – szkoła dyscypliny, samokontroli, obycia w miejscach publicznych. Bo komu z ministrantów nie zdarzyło się narzekać w myślach, że trzeba wstać o piątej czy szóstej, by zdążyć na poranną Mszę świętą, gdy ma się „dyżur”? A przecież mimo to wstawaliśmy i z zaspanymi oczyma wędrowaliśmy do świątyni, gdzie służyliśmy nie tyle przecież księdzu, co samemu Bogu. Albo czy nie było w wieku ośmiu czy dziewięciu lat prawdziwą szkołą pamięci przyswojenie nazw i znaczeń wielu trudnych terminów liturgicznych, takich jak choralista, prefacja, mitra czy krucyferariusz? I wreszcie kolejny etap posługi ministranckiej, czyli odczytywanie słowa Bożego – nauka odwagi, dykcji, wreszcie siłą rzeczy chłonięcie tekstu biblijnego i poznawanie historii zbawienia. Wszystko to czynione bezinteresownie, niekiedy jedynie wynagradzane przez parafian podczas tak zwanej „kolędy” – wizyty duszpasterskiej.

Oczywiście realia w parafiach były i są różne. Być może ktoś stwierdzi, że w powyższych zdaniach nieco idealizuję ministrancką brać, a w rzeczywistości nie było tak optymistycznie. Na pewno bywało różnie. Faktem jest jednak, że ministrantów przy ołtarzu bywało w uroczystości wyjątkowo wielu, zdecydowanie więcej niż współcześnie. Sam przez czternaście lat (2003-2017) pełniłem służbę w jednej z krakowskich parafii i obserwowałem jak – mimo starań duszpasterzy – liczba ministrantów i lektorów systematycznie malała. Na początku było nas wszystkich około stu dwudziestu. Pod koniec – około czterdziestu. Podobnym doświadczeniem dzielą się kapłani posługujący w różnych diecezjach Polski, a w jednej z parafii w Polsce południowej nie było nawet chętnych do towarzyszeniu księdzu w „kolędzie”.

Na pewno przyczyn tej sytuacji jest wiele. Nie można lekceważyć opinii tych, którzy zwracają uwagę na stale pogłębiający się niż demograficzny. W roku 1991 urodziło się w Polsce niespełna 550 tys. dzieci. Z kolei w roku 2011 (wkrótce chłopcy z tego rocznika zasilą służbę liturgiczną) jedynie 388 tys. Myliłby się wszelako ten, kto by sądził, że demografia jest jedyną przyczyną takiego stanu rzeczy.

Kilkukrotnie mając okazję rozmawiać z mężczyznami mającymi synów w wieku ośmiu-dziewięciu lat słyszałem o tym, że ojcowie ci obawiają się posyłać synów w szeregi ministranckie. Zaważyły na tym ujawniane co jakiś czas skandale pedofilskie, gdy przypadki homoseksualnego wykorzystywania chłopców przez księży nie spotykały się z adekwatną reakcją władz duchownych, które niestety nie zawsze wypalały tę zarazę ogniem i mieczem. I nawet jeśli przyznamy, że są to przypadki marginalne, to jednak do obawy i strachu niektórych rodziców należy podejść z szacunkiem.

Osobnym z kolei problemem, prawdopodobnie najbardziej decydującym o spadku liczby ministrantów przy ołtarzu, są zmiany cywilizacyjne, które zachodzą w Polsce w ostatnich kilkunastu latach, a więc przede wszystkim przyspieszona laicyzacja społeczeństwa. Coraz mniej dzieci ma kontakt z żywą wiarą, a nawet z tradycją chrześcijańską. Wina leży po stronie rodziców i dziadków, dla których sprawy wiary nie zawsze były decydujące. Co więcej, w obecnych czasach z posługą ministrancką – nawet uatrakcyjnioną wspólnymi wyjazdami, grami w piłkę nożną czy „ministranckim” grillem – wygrywa smartfon i komputer. Zanikają więzi koleżeńskie i przyjacielskie, podwórka – kiedyś tak pełne dzieci – dziś świecą pustkami.

Ktoś może twierdzić, że przecież to nie jest wyjątkowo istotne ilu jest ministrantów. Pamiętajmy jednak o tym, że służba przy ołtarzu jest prawdziwą szkołą wiary. Nawet jeśli ktoś po latach spędzonych w służbie liturgicznej odchodzi od Boga, to jednak wie do Kogo i czego wrócić. Co więcej, nie można zapomnieć o jego latach spędzonych w łasce i wzmocnionych posługą przy ołtarzu, które być może – Bóg to wie – zadecydują o losie wiecznym. Ponadto służba liturgiczna to także jedna z pierwszych szkół dla przyszłych kapłanów. Choć nie istnieje obowiązek bycia ministrantem przed wstąpieniem do seminarium, to jednak w zdecydowanej większości przypadków taka była naturalna droga rozwoju powołania. Spadek liczby ministrantów oznacza także w konsekwencji spadek liczby kapłanów.

A zatem czy będzie w najbliższych latach komu służyć przy ołtarzu? Ilu będzie naśladowców anonimowego chłopca z Ewangelii wg św. Jana, który podał Zbawicielowi chleb i ryby przed ich cudownym rozmnożeniem? Ilu naśladowców świętych Tarsycjusza, Stanisława Kostki, Alojzego Gonzagi czy Dominika Savio? Ilu wreszcie wyśpiewujących ministrancki hymn „Króluj nam Chryste zawsze i wszędzie, to nasze rycerskie hasło”? Do modlitw o liczne i święte powołania kapłańskie dołączmy też modlitwę za rodziców i ich synów, by zdecydowali się na podjęcie służby przy ołtarzu, przynoszącej chwałę nie kapłanowi, ale Chrystusowi.

Kajetan Rajski

/ pch24.pl /

✜✜✜

 

Osłabienie wiary młodych

Być może przyczyną spadków jest także pewna obojętność wielu katolików, którzy albo przyzwyczaili się, że księży mamy pod dostatkiem, albo zbyt słabo zależy im na Kościele. Tymczasem Pan Bóg błogosławi hojnie wszędzie tam, gdzie pragnienia i modlitwy są gorące, a dobre i święte powołania wzrastają tylko wtedy, gdy towarzyszy im szczere wsparcie wspólnoty…

Do polskich seminariów wstąpiło w tym roku (2019) 498 kandydatów do kapłaństwa, o 122 mniej niż w roku 2018 – wynika z danych uzyskanych przez Katolicką Aagencję Informacyjną. Jedną z przyczyn tego spadku jest niewątpliwie czynnik demograficzny – uważa ks. Wojciech Wójtowicz, przewodniczący Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych. Ale to nie jedyna przyczyna.

Ksiądz Wójtowicz zauważył też, że zmniejszająca się liczba kandydatów do kapłaństwa jest konsekwencją osłabienia wiary wśród samej młodzieży oraz zwątpienie oraz dystans wobec Kościoła, wywołany natarczywym ukazywaniem przez media wyłącznie złych stron jego działalności.

Jak podaje sekretarz Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych w Polsce ks. Piotr Kot, rektor WSD w Legnicy, w 2019 roku drogę ku kapłaństwu rozpoczęło w Polsce 498 kandydatów – o 122 mniej niż rok wcześniej (było ich wówczas 620). Do seminariów diecezjalnych przyjęto 324 mężczyzn, o 91 mniej niż przed rokiem (wówczas – 415). W seminariach zakonnych formacje rozpoczęły 174 osoby, o 31 mniej niż w roku 2018 (wówczas – 205).

W sumie, na wszystkich latach kształcenia bieżący rok akademicki rozpoczęło 2853 alumnów, co oznacza, że w ciągu dwóch dekad nastąpił około 60 procentowy spadek powołań do kapłaństwa – informuje ks. Wójtowicz.

Zdaniem duchownego zanim z tego kolejnego spadku zaczniemy wyciągać wnioski odnoszące się do szeroko pojętego kryzysu wiary czy religijności, albo też do sfery motywacyjnej kandydatów, trzeba uwzględnić czynniki demograficzne.

Ksiądz Wójtowicz przypomina, że dwadzieścia lat temu, tj. w 1999 roku w polskich seminariach formowało się blisko 6800 kandydatów do kapłaństwa. Większość z nich urodziła się w drugiej połowie lat 70., a więc wówczas, gdy w Polsce na świat przychodziło rocznie około 660–690 tysięcy dzieci.

Odnosząc się do najnowszych danych, a więc liczby 2853 alumnów, którzy rozpoczęli obecny rok akademicki w seminariach ks. Wójtowicz przyznaje w komentarzu dla KAI, że oznacza to około 60 procentowy spadek w ciągu dwóch minionych dekad. – Spoglądając jednak na statystykę urodzin w drugiej połowie lat 90., gdy na świat przyszła większość dzisiejszych seminarzystów, zauważamy, że w kraju rodziło się wtedy 420-380 tysięcy dzieci rocznie. Gdy idzie o potencjalnych kandydatów do formacji, wkraczamy więc właśnie w lata najgłębszego dołka demograficznego – zaznacza duchowny. Choćby z tego tytułu może być niestety jeszcze trudniej” – dodaje.

Jednocześnie rektor seminarium w Koszalinie nie wyklucza także innych przyczyn spadku powołań. „Wydaje się, że jest on także prostą konsekwencją osłabienia wiary wśród samej młodzieży. Inny aspekt dotyczy kontekstów społecznych, w których ta młodzież funkcjonuje. Coraz częściej młody człowiek rozważający możliwość wstąpienia na drogę powołania spotyka się z formami negacji ze strony tych, od których miałby prawo oczekiwać wsparcia” – wskazuje ks. Wójtowicz.

Zdaniem duchownego nie bez znaczenia pozostaje również obraz Kościoła, który dociera do młodych. „O ile słuszna krytyka nadużyć, grzechów czy braku wiarygodności może wspomóc procesy oczyszczenia, a nawet wzmocnić motywacyjnie kandydatów marzących o pięknym Kościele, o tyle natarczywe i celowe eksponowanie tylko złych stron zasiewa pośród rozeznających powołanie zwątpienie oraz dystans. Z trudem bowiem poświęca się życie dla idei czy wartości, które w przestrzeni publicznej stają się przedmiotem ciągłej krytyki czy niekiedy wręcz złośliwej ironii” – ocenia ks. Wójtowicz. – Gdy Bóg wzywa, a wciąż bez wątpienia to czyni, niełatwo w takim kontekście rodzi się pozytywna odpowiedź – dodaje.

Zdaniem rektora koszalińskiego seminarium szczególnie ważny w tej perspektywie wydaje się ciągły apel o modlitwę i apostolstwo powołań. Być może przyczyną spadków jest także pewna obojętność wielu katolików, którzy albo przyzwyczaili się, że księży mamy pod dostatkiem, albo zbyt słabo zależy im na Kościele. Tymczasem Pan Bóg błogosławi hojnie wszędzie tam, gdzie pragnienia i modlitwy są gorące, a dobre i święte powołania wzrastają tylko wtedy, gdy towarzyszy im szczere wsparcie wspólnoty – dodaje ks. Wójtowicz.

MA

Źródło: KAI

Close Menu

PORZĄDEK MSZY ŚWIĘTYCH

 

 

- w dni powszednie: 17:00 lub 18:00
*/ godzinę należy sprawdzić w ogłoszeniach lub intencjach

- w niedziele i święta kościelne: 8:00 ; 10:30
*/ dodatkowo w okresie Wielkiego Postu oraz w miesiącach:
maj i październik: 16:00